|
|
sobota, 21 listopada 2009
friday night fever
poki co fotki. korzystam grzecznosciowo z albumu Agi:)
Ameryki nie odkryje jak powiem, ze Polki sa piekne:)
www.flickr.com/photos/pr0myczek/sets/72157622722138741/
relacja z wizyty w aguli i imprezy wieczornej moze wieczorem:)
czwartek, 19 listopada 2009
uroczo dzis wygladam:)
z peknieta zylka w lewym oku.
pani nauczycielka z krwawym okiem:)
środa, 18 listopada 2009
pogonilam dziada
*dola znaczy sie:) w duzej mierze to zasluga tej odrobiny slonca, ktora dzis wyszla na nasze niebo. Tymek jest wyjatkowo slodki jak na podziebione dziecko. a przeciez ostatnio jak siedzial w domu to mnie prawie wykonczyl. w poniedzialek mam nadzieje pojdzie do przedzkola, bo podobno maja ospe. dobrze by bylo jakby juz ja przeszedl. w przedszkolu bylam, Rysia szukalam. Rys sie odnalazl ku wielkiemu szczesciu Tymka. a ten ostatnio pluszakami sie bawi i pyta mnie o ich imiona, wiec mamy oprocz Rysia - Zdzisia, Karola i Kazika.
zrobilismy gore piernikow. chyba ze 150 nam wyszlo. w porownaniu z zeszlym rokiem Tymek znacznie aktywniej bral w tym udzial. ciekawe czy bedzie takim facetem co to ciasta piecze. bo to lubi robic najbardziej:) ja na takiego nie trafilam, choc checi ma, ale czasu jednak mu braknie. pierniczki sie piernicza w puszce, gozdzikami je podsypalam. niech pachna.
*syna znaczy sie:) balagan robi sie fajnie. gorzej ze sprzataniem. kanapa, sluzaca za sale kinowa, zasiedzona zostala wszystkimi pluszakami. coz, nadchodzi w koncu ta godzina, kiedy porzadek trzeba zrobic. prosby nie pomagaja, wiec do grozb przechodze. "jak zadzwoni telefon, a pluszaki nie znikna z kanapy, to wyladuja w koszu. masz 10min., ustawiam telefon". troche poganiac go musialam, ale udalo sie nawet przed czasem. i nawet piesn na ustach byla, a potem milosci nasze. ehhh, matke nawet najgorsza sie kocha... :)
syn jest w pracy, czyli za fotelem. tam w ciagu dnia uklada swoje skarby i sie bawi albo pracuje. wieczorem pracowal. wola tate (ktory dzis pozno z pracy wrocil i mlody na niego czekal). ten przychodzi, a Tymek lezy na podlodze. "synku, co to za praca, ze lezysz?" Tymek akurat puscil baka. "lezysz i pierdzisz. jestes dyrektorem?" "jeszcze nie" odpowiedzial Tymek.
czas polozyc dyrektora do lozka.
wtorek, 17 listopada 2009
lekko doliniarsko
nawet najwiekszy twardziel, najwiekszy optymista by w koncu polegl. dzis o 9 rano swiat wygladal tak jakby juz 15 byla. szaro, buro, ponuro. okropnie. do tego mokro, choc specjalnie nie pada. nie pamietam jak wyglada slonce. podobno bylo w piatek, ale wtedy duzo pracowalam i nie zdazylam zauwazyc. Tymi do przedszkola nie chodzi, bo kaszle i smarka. do lekarza nie chce z nim isc poki co, bo nic zlego sie nie dzieje, a zagrypione tlumy mnie przerazaja. zreszta dzwonilam wczoraj przez pol godziny i sie nie dodzwonilam, nawet jak "wolne" bylo. tak sie trafilo, ze akurat T. ma "trzydniowke" tlumaczeniowa, wiec Tymi wczoraj spedzil kilka godzin u babci, babcia dzis wpadla do nas na godzinke, bo musialam zalatwic jedna sprawe (wazna, hura!), jutro tez wpadnie na chwile, bo mam hospitacje. Tymi z jednej strony sie cieszy, a z drugiej mowi, ze chce do przedszkola (no pieknie!!!).
wczoraj zaliczylam dermatologa. mam do usuniecia kilka,kilkanascie wlokniakow na szyi. juz mnie T. indyczka nazywac nie bedzie:) laserowe usuniecie w przyszly czwartek.
i nie wiem co sie dzialo, ze tak sie dolowalam. plakac mi sie chcialo, razem z ta pogoda. jechalam samochodem za miasto (bo na wsi pracuje teraz), sluchalam chili zet, w ktorym sluchacze dzielili sie swoimi marzeniami. a ja nie moglam sobie zdanego marzenia przypomniec. Boze, pomyslalam, jaki ubogi ze mnie czlowiek. jak to mozna marzen nie miec. na szczescie do konca dnia sporo tych marzen na mysl przyszlo.
Tymon nie pozwolil mi sie nudzic. stal na stoliku kawowym typu lack, kazal sobie monete polozyc i tanczyl. to jego najnowsza fascynacja - mim na starym miescie. znacie pewnie te wszystkie posagi, mumie i inne pajace, ktore sie ruszaja jak im sie cos wrzuci do koszyczka (hahaha, o ksiedzu na tace zbierajacym pomyslalam:):)). no i my sponsorujemy takiego mima na starowce, ktorego Tymi troche sie boi, a bardziej uwielbia:)
dzis rano Tymek "wymiotowal pupa":):) wyjasniac chyba nie musze, ale samo okreslenie mnie rozwalilo:) choc razem z sobotnimi akcjami na jakas lekka jelitowke to wygladac moze. zaczal sie tez u nas temat: MIKOLAJ. napisalismy dzis list do niego. calkiem proste to bylo, poniewaz powycinalismy z gazetek roznych to, co Tymek chcialby dostac, nakleilismy na kartke i list gotowy.
zadalam dzis Tymkowi pytanie: "co bedziesz robil jak bedziesz duzy?" bylismy akurat u cioci Agi. a Tymek: "ja bendem duzy to z Iga na piwo pojdem". nooo, tak sobie ostatnio z sasiadami o przyszlych kontaktach naszych dzieci rozmawialismy. i masz matka, wstyd ci bedzie jak mlody w przedszkolu z takim tekstem wyskoczy.
moj nastroj ratuje zblizajacy sie piatek: kawa z agula w I. i wieczorna impreza "szafowa". za tydzien mialam jechac do P., ale nie wiadomo czy T. nie poleci jako tlumacz do ... Dubaju. jakas strachliwa jestem i wcale mi sie ten wyjazd nie podoba. mam go przekonywac (choc i tak wiem, ze nie przekonam), zeby nie lecial czy dac sobie na luz?
na 17 ide do kosmtyczki na dole. w ramach relaksu. i umozliwienia tacie kontaktu bliskiego z synem:)
niedziela, 15 listopada 2009
leniwie
w piatek sie rozszalalam. w sklepie JYSK. lampiony, wstazki, swiece, sloiczki. do tego nowe "dobre wnetrze" i (nomen omen) Martha Stewart Living. uwielbiam. mam swira.
wieczor spedzony u E. licealnej kolezanki. taki babski wieczorek literacki. mama naszego licealnego kolegi, zona dosc znanego lokalnego poety i pisarza, sama popelnila kilka tekstow. o kobietach i dla kobiet. podobno na scene sie nie nadaja, wiec czyta sama. teksty mnie nie powalily. ale wieczor byl przemily. bylysmy my trzydziestki i kilka mam tych trzydziestek (ach, te to sie potrafia bawic!!!) i kilkoro dzieci. spotkanie bylo TYLKO dla kobiet, choc uchowal sie 2miesieczny Filip, syn gospodyni.
sobota u tesciow. nawet szwagrowie zjechali. tydzien wczesniej cala czworka grype mieli. wieczorem Tymek nam troche rozrywki zaserwowal wymiotujac. przebieranie, poscieli zmienianie, pranie. po jakis dwoch godzinach powtorka. noc spedzilam na kanapie w duzym, zeby byc blizej mlodego. a ten spokojnie 8godzin przespal i rano juz byl jak mlody bog.
w swoim wariactwie przejrzalam dzis wszystkie ulubione blogi wnetrzarskie i sie zdolowalam, bo dziewczyny maja takie talenty, takie cuda robia... ehhhh... zabralam wiec mlodego do piwnicy, przejrzelismy trzy kartony z przeroznymi ozdobami i duperelami. dla niego znalazly sie jeszcze jakies stare resoraki garbusy. po tacie garbusowym maniaku, ktory takim teraz jezdzi.

koncepcje swiateczne obmyslilam. kilka fajnych rzeczy znalazlam. kilka odlozylam na piatkowe spotkanie "szafowe". musze kupic tylko nowe lampki na choinke, jakies druciki, wstazki, a nawet... knot do swiec:)
lenilismy sie dzis potwornie. Tymkowi zbudowalam domek z krzesel, kocy i poduch. podobalo mu sie na poczatku bardzo, az piszczal, ale w sumie nie bawil sie tam. dzien byl dluuuuuuuuuugi, a cala reszta krotka: krotkie drzemki, krotkie spacery. ale szczesliwie dobrnelismy do konca:)
czwartek, 12 listopada 2009
musze sie rozerwac
i nie o potrzebe rozrywki mi chodzi. na ta nie narzekam. po wtorkowej imprezie u nas w domu, pol srody dochodzilam do siebie i ledwo doszlam. jutro szykuje mi sie ciekawe spotkanie, ale o nim po nim.
dwie dziewczyny chore w dalszym ciagu (choc myslaly, ze moze im sie juz uda popracowac, ale doszlysly do wniosku, ze maja sie wychorowac na calego, zeby nic gorszego sie nie przyplatalo), wiec pracuje za trzech. czesc zajec zostawiam do odrobienia, co moge to biore na siebie. dobrze, ze dzieci malo to sie je laczy w wieksze grupy (co by po 4 osoby nie brac) i latam po miescie jak kot z pecherzem. choc rano mi sie nie chce to jak juz wpadne w te machine to energii nabieram. zreszta przy dzieciakach duzo energii sie dostaje, tak jak i traci. we wtorek dowiedzialam sie od dziewczynek w jednym z przedszkoli, ze jestem ladna, bo jestem... mloda:) ehhh dziewczynki, to tylko pozory:)
dzis Tymka z przedszkola odebrala babcia (wiecie jaka to radocha dla dziecka; w koncu, bo przez dlugi czas nie chcial), ja mialam byc dopiero po 15, a T. mial jakies zebranie, a nie lubie jak mlody w przedszkolu za dlugo siedzi. umowilysmy sie dzis na malowanie wlosow. w ramach oszczednosci. fryzjerka moja ulubiona napisala mi co i jak, umowilysmy sie tylko na ciecie za jakis czas. energia mnie rozpierala, wiec szybko z Tymkiem upieklismy ciasto z gruszakami. akurat do kawy. potem pomalowalysmy sobie z mama lby, slyszac przy okazji od naszego dzentelmena, ze jestesmy brzydkie z ta farba na glowie:)
przesunelam Tymkowi pore chodzenia spac. jako ze ostatnio musialam go budzic o 7.15, zeby go przedszkola szykowac (co zreszta uwielbiam, bo jest taki rozkoszny jak go buziakami delikatnie obsypuje, a on od razu sie we mnie wczepia jak malpka i sie przytulamy), zaczynamy przygotowania do snu juz od ok.18.30. kolacja, ktora i czasami sie ciagnie, kapiel, jeszcze troche budowania z klockow (ze stoperem; "mama wlacz telefon"; ustawiam mu na kilka minut, potem Tymek sprzata), tran, witaminy, ewentualnie syropki, mycie zebow, czytanie i spanie o 20. wczoraj nawet caly "Katyn" obejrzalam na typ kultura. wieczor mi sie wydluzyl.
w przyszlym tygodniu znow zastepstwo, w poniedzialek dermatolog, do ktorego zapisalam sie ze swoimi pieprzykami jakies 2 miesiace temu. no i hospitacje, ktore mialam zrobic w tym mijajacym tygodniu, ale sie nie udalo. czekam z utesknieniem na dwa zblizajace sie wyjazdy:) i w zwiazku z tym mam nadzieje, ze zadne chorobsko mnie nie dopadnie.
wtorek, 10 listopada 2009
strach
mnie oblecial.
rece sie trzesc zaczely.
a serce bic mocniej.
zajrzalam do pojemnika na kawe mielona, do ekspresu. nie ma.
zajrzalam do rozpuszczalnej (ktorej nie lubie, ale mam na wszelki wypadek). nie ma. zapomnialam, ze panowie od remontu wypili.
kawy szukalam, nie pierscionka z brylantem.
blogoslawione dodatki do gazet! stala sobie taka probeczka Carte Noire. uratowala mi dzis zycie.
niebo sie normalnie o dach mojego bloku opiera. a ja mam dzien zastepstw, wiec chyba bym sie czolgala ku radosci dzieci:)
niedziela, 08 listopada 2009
nie ma co
sie szarzyznie i ponurosci dawac. choc sama czuje, ze jeszcze jakis fantastyczny pms przede mna:) zaczynam zatem od kwiatow. tym razem gerbery.

w piatek wpadl do nas Pawel od remontu i pomalowal jeszcze zalegla sciane w garderobie. na jasny braz, jak w sypialni. to zmusilo nas to wywalenia polowy rzeczy z garderoby i porzadkow w sobote. pod wieczor poszlismy z Tymkiem na spacer, na poczte docelowo. wracajac zahaczylismy o starowke. nagle mlody wyskoczyl, ze chce do kosciola. pomodlic sie, bo tam jest Irka. oczy mi zawilgotnialy, wiec poszlismy do katedry. akurat byl rozaniec, no nie chcialam tam z Tymkiem siedziec, wiec rozzalonego wyprowadzilam. Boze, co byla za rozpacz. przez cala droge do domu szedl trzylatek i wolal: "ja chce do kosciola. ja chce sie pomodlic". no nie wiem co go napadlo. dla mnie to calkiem zabawne bylo i czulam sie jakbym pod czapka rozki chowala i ogon pod plaszczem:):):):)
to byl kolejny mily, cieply, spokojny, rodzinny weekend. T. mial kolejny wolny weekend. i dzieki temu, ze tyle czasu spedza z mlodym zasluzyl w sobotni wieczor na slowa Tymka: tata jest moim bratem. a to jest cos:) do tej pory bratem byl Filip Agulki i Sebastian z przedszkola:) rano w sobote spotkalam sie z Aga (leelooo jakby ktos nie wiedzial) na kawie i szarlotce z bita smietana (wersja light) i lodami (wersja dla ciezarowki:)). obgadalysmy sprawy wazne i wazkie i na nastepne spotkanie sie umowilysmy w ramach zaczarowywania listopada. gdy siedzialysmy w kawiarni za oknem przeszly dwa krasnale, pi i sigma, pomaranczowy T. i turkusowy Tymek. T. tylko machnal, mlody nie zauwazyl, a ja sie wzruszylam na widok moich chlopakow. a w domu przeczytalam fajny felieton o naszych "szafowych" spotkaniach autorstwa Agi w najnowszej "kulturce".
w domu szybko zupa krem ziemniaczana i zabralismy sie do roboty. T. szalal z wiertara i wieszal zalegle obrazy, u siebie dwa plakaty: Johna Cleesa i Coco Rosie i czarno-bialy widoczek - prezent slubny od szefowej T. jak w banku pracowal. ja porzadkowalam garderobe. glownie szale (25!!!!) i bizuterie, ktora zostala powieszona na nowych haczykach.

Tymon w tym czasie zajmowal sie soba. bawil sie i ogolnie robil jeszcze wiekszy sajgon w domu. piszczal jak dziki jak T. wiercil, wiec obawiam sie, ze sasiedzi ledwo to wytrzymali. weekend mijal nam na czytaniu (skonczylam "Kieszonkowy atlas kobiet", zaczelam komiks "Fun Home"), budowaniu z klockow ogromnych wiez.

chodzilismy na niedlugie spacery dwa razy dziennie. ogladalismy filmy w domu (w piatkowy i sobotni wieczor ogladalismy rosyjska "Straz nocna", raczej niezbyt przeze mnie lubiany gatunek - sensacyjne sf, ale calkiem niezly, z przyjemnie dla ucha brzmiacym rosyjskim; przed nami jeszcze "Straz dzienna) i dzis w kinie, gdy babcia z Tymkiem na 2 godzinki zostala ("Tybetanska Ksiega Smierci"). kawy i herbaty z miodem i cytryna laly sie litrami,

a wieczorami grzaniec. i obowiazkowe swieczki w calym domu. wyzywalam sie kulinarnie: kanapki na chlebie tostowym z salata, krewetkami i sosem koktajlowym, spaghetti z suszonymi pomidorami, oliwkami i parmezanem, pizza, ktorej pol zjadl Tymon i desery: salatka owocowa, zapomniany przez nas zwyczajny budyn waniliowy czy niedzielne truskawkowe tiramisu pachnace czerwcem (wtedy ten mus truskawkowy mrozilam) z bita smietana i wiorkami czekoladowymi. mniam.

dwa ciezkie dni przede mna, bo dziewczyny sie pochorowaly i troche zastepstw mnie czeka, dopoki sama nie padne:) we wtorek Tymki idzie do babci "na wakcje", a u nas bedzie impreza ze starymi znajomymi z uczelni.
kolejny fotoweekend za nami. jak dla mnie bardzo kolorowy:)
czwartek, 05 listopada 2009
pani losiowa zakopuje dola
we wtorek potwornie bolala mnie klatka piersiowa. nie wiem czy zle spalam czy cos mi strzyknelo, w kazdym razie myslalam, ze umre. zawal moze? wieczorem mialam spotkanie z dziewczynami. niby sympatycznie, fajnie, omowilysmy tysiac spraw, pare problemow rozwiazalymy, ale doszlam do wniosku i one mnie troche w tym utwierdzily niechcacy, ze jestem naiwniara, los, dupa wolowa. dlaczego? nie lubie o pieniadzach mowic, ale musze. wszyscy dookola zrobili podwyzki, tance, korekcyjna, tylko ja nie. choc my tak naprawde najwiecej musimy wlozyc (tez pieniedzy) w nasze zajecia. obrazki, drukowanie, laminowanie, ksiazeczki, plyty z nowymi piosenkami, cuda na kiju, zeby zajecia byly ciekawe, roznorodne, dzieci zachecajace. tamtych wklad w zajecia jest zerowy. no chyba ze inwestuja w nagrody, ktore dzieciaki dostaja po kazdych zajeciach, a czemu ja jestem przeciwna. i tlumacze dzieciom, ze nie chodza na angielski dla nagrod. zreszta jakich nagrod - badziew po prostu: naklejki czy karteczki z witch czy autkami. brrr... to nie zazdrosc, to zniesmaczenie. ok, wygadalam sie. poki co zostaje przy swoim. ehhh i jeszcze to, ze mialam cos napisac, a nie moge sie zebrac. i tak widzialam w oczach jednej z moich dziewczyn, ze wciaz tego nie zrobilam. z jednej strony mysle sobie mam dziecko, rodzine, to troche czasu zajmuje. a z drugiej wiem, ze duzo czasu poswiecam na pierdoly - np. teraz to piszac.
w srode rano wyprawilam Tymka do przedszkola i polozylam sie do lozka. spalam do 9.30! (dzis zreszta tez). w te szare listopadowe dni czekam z utesknieniem az sie zrobi ciemno. wstalam i powiedzialam, ze sie nie dam zadnym dolom (zblizajaca sie @ tez robi swoje). przede wszystkim glosno zwerbalizowalam co mi lezy na watrobie i jak to sprobowac rozwiazac. przelecialam jak burza przez dom. jak wszystko jest na swoim miejscu od razu robi mi sie lepiej. do miasta polecialam, pozalatwialam kilka spraw, zagralam w totka, wpadlam w usciski A., z ktora chcialam kawe wypic, ale ta szla na spotkanie "starowka razem". A. jest tak pozytywna i kolorowa osoba, ze od razu energii dodaje. pozyczyla mi ksiazke, w ktora wczoraj juz sie wciagnelam "Kieszonkowy atlas kobiet" Sylwii Chutnik. do tego spadl snieg, ku wielkiej uciesze Tymka. juz by szykowal kombinezon i narty:):) a na naszych oknach dachowych nawet najmniejsza ilosc sniegu robi wrazenie. dzis sniegu juz nie ma. ponoc niewielkie ocieplenie idzie.
w ramach zakopywania dola T. zabral mnie na obiad. zapiekanka z cukinii, z watrobka, jablkiem i serem mozarella. pycha. gwizdalo u nas wczoraj tak, ze nie planowalam zadnego spaceru z mlodym po poludniu, tylko dluzej wracalismy z przedszkola. w domu juz o zmierzchu zapalilam swieczki. Tymek je uwielbia, zawsze powtarza, ze jest wtedy tak ladnie:) ukladalismy puzzle, gralismy w gre, a jak bawil sie sam to czytalam ksiazke.
wieczorem przejrzalam moje ulubione strony. na pchlim targu kupilam skrzyneczke na ziola - do kuchni taka potrzebuje i worek-torbe z misiem do Tymka - jeszcze nie wiem do czego:) oddalam sie lekturze, ograniczajac do minimum pozeracz czasu - internet.
jutro rano zabieram laptopa i ide do biura. tam nie ma internetu, wiec w spokoju sobie popisze. i zrobie to, co mialo byc zrobione na "dawno temu". w totka oczywiscie nic nie wygralam. zawsze smiac mi sie chce z samej siebie jak dziele te pieniadze, szczegolnie wtedy kiedy nie gram, a gram moze raz do roku. reakcja T. na wiesc o totku: "a po co? czegos Ci brakuje?" i jasnosc w temacie, caly T.:)
swiece, dobra herbata, ksiazka i gazetka i jakos ten listopad przetrwamy. w sumie juz 31 listopadow jakos przezylam:)
poniedziałek, 02 listopada 2009
fotoweekend
brat pozyczyl nam nasz byly aparat:) ale mielismy radosci. a ile zdjec narobilismy przez ten weekend.
przestawienie stolu do duzego pokoju nadalo posilkom nowy wymiar. a kawa i gazetka w fotelu w kuchni z widokiem na czesc mieszkania to sama przyjemnosc. w sobote T. postanowil zrobic nam niespodzianke i nie pracowal (tak, to sukces). poszlismy razem na spacer. sobotni to juz rytual. najpierw cafe gazeta po GW, potem kwiaciarki, a na koncu "wiejskie klimaty" (po jajka, wedliny i ciasteczka, ktore zawsze na Tymka czekaja). no to poszlismy. 
to byl dzien hallowen, wiec w miescie wszedzie dynie straszyly. Tymkowi sie to strasznie podobalo, bo uwielbia "pampkinmeny". pampkinmeny straszyly nas.

a my straszylismy golebie.

wybor padl na moje ulubione roze.

ostra zupa pomidorowa plus pierozki z feta i panowie sa gotowi na wyjscie do kina. na halloweenowy pokaz "ducha Kasperka". przy okazji Tymon dostal swoja pierwsza legitymacje, ktorej nawet rodzice by sie nie powstydzili Legitymacje Mlodego KInomaniaka. do kina trzebabylo sie przebrac, wiec biegalo nam takie diablatko po domu:)

po kinie pojechalismy do tesciow na imieniny. weekendowe drzemki Tymka poszly w zapomnienie. choc zawsze pada nam w samochodzie. wieczor zaplanowalismy w domu. T. poczatkowo chcial namowic babcie i Tymka na wspolne wakacje, ale go przekonalam, a zreszta czul, ze cos go rozbiera. zatem przy winku obejrzelismy "Hard Candy". uuuuhhh, ciezki film, mocno trzymajacy w napieciu i do samego konca zwodzacy. dzieki aferze z Romkiem P. bardzo na czasie. polecam!
w niedzielny poranek przygotowalismy z Tymkiem sniadanie dla taty. 
T. zmienil ustawienia w aparacie i zdjecie wyszlo niebieskie. jakos zupelnie nie moglismy sie zebrac na spacer i wyszlismy dopiero o 13, na chwile przed urodzinowym obiadem u bratowej G. poszlismy na maly cmentarz niedaleko naszego domu. zapalilismy lampke na samotnym niemieckim grobie. uwielbiam ten cmentarz, ze starymi grobami, glownie niemieckimi. obiad byl przepyszny, okraszony pokazem zdjec z Barcelony. moi rodzice pojechali do domu, a my wszyscy razem na cmentarz. do babci G. i do naszej ukochanej Irki. Tymek rozwalil mnie na lopatki, bo nie chcial wracac. przeciez na Irke czekamy...
i tak nam weekend milo i refleksyjnie minal.
|